Coraz częściej zaczynają się w mojej głowie pojawiać pytania, które jeszcze kilka lat temu uznałbym za bezsensowne. Za bezsensowne określiłbym kiedyś chociażby przedzieranie się przez blisko osiemset stron książki Eugene Boylana „Jezus, w którego wierzę”[1]. Dziś uważam, że nie tylko nie był to czas stracony, ale jedna z najważniejszych lektur w moim życiu – pisze Artur Żak.

Są takie książki, których nie da się opowiedzieć. Po prostu trzeba je przeczytać i pozwolić, żeby wniknęły w nas swoją niepowtarzalnością. Są to książki, które czyta się nieśpiesznie, przy lekturze których zatrzymujemy się nad poszczególnymi zdaniami i zapadamy się w nie na poły śniąc na poły medytując. Czas wtedy przestaje mieć znaczenie. Istnieją tylko słowa i nasze myśli. Nic więcej.

Eugene Boylan opowiada historię niezwykłej miłości Boga do człowieka. Miłości, którą człowiek od samego początku odrzuca albo neguje. Najdziwniejsze w tej opowieści jest podważenie przez człowieka prawdy, że miłość ma tylko wtedy sens, gdy „znajduje przedmiot równy sobie, albo czyni go równym. Dla prawidłowej miłości czy przyjaźni pomiędzy dwiema istotami konieczna jest pewna równość natury. Aby człowiek mógł być przyjacielem Boga i Go kochać, Bóg obdarzył człowieka takim udziałem w boskiej naturze, że w pewien tajemniczy sposób człowiek ma w sobie coś, co odpowiada Bożej władzy znajomości i miłowania siebie samego.”

Wydaje się, że to co mówi ojciec Boylan nie jest niczym nowym, a jednak, w odróżnieniu od tysięcy innych publikacji, jako jeden z nielicznych nie zadawala się prostym stwierdzeniem, że Bóg jest miłością i jest pełen miłosierdzia, a my grzeszni jeśli będziemy go kochać, to na pewno pofruniemy do nieba. Książka jest próbą zrozumienia i wniknięcia w Boży plan, którego efektem było stworzenie człowieka. Dlaczego Bóg nas stworzył? No właśnie: dlaczego żyję? Dlaczego przedstawiam wartość dla Boga? To są pytania, które dla większości z nas nie są pytaniami ale aksjomatami: po prostu żyję i po prostu jestem kimś cennym w oczach Boga. Jeśli jednak przyjęcie danej prawdy jako aksjomatu nie jest wynikiem poszukiwań, ale akceptacją obiegowej opinii, to czym jest wtedy nasza wiara? Jaką ma wartość? Kim jest Jezus, w którego wierzymy? Czy jest on nam w czymkolwiek potrzebny?

Przyjęcie Jezusa Chrystusa oznacza ciągły wybór: „Nasza dawniejsza istota walczy ze wszystkich sił o przetrwanie, i przy każdym pojedynczym działaniu stajemy wobec wyboru: „Kto powinien żyć we mnie w tej konkretnej chwili: ja czy Chrystus?”. „Ja” dochodzi swoich praw, ale wybór spoczywa w rękach naszej wolnej woli, choć równocześnie pomaga nam łaska Boża.”. Idźmy dalej tym tropem: „Skoro miłość do Boga ma oznaczać całkowite wyrzeczenie się własnego jestestwa, utratę własnego życia oraz odnalezienie nowej istoty i nowego życia, w rzeczy samej: odnalezienie wszystkiego w członkostwie w Chrystusie, to jakże niezmiernie pilnie jest posiąść pewną wiedzą o Chrystusie i Jego miłości.”

Życie duchowe w ujęciu ojca Boylana jest zawierzeniem, które jest partnerstwem, czyli zakłada osiągnięcie pewnej dojrzałości, w miłości pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Partnerstwo to definiuje się w jednym słowie: Chrystus! „Historia naszego upadku rozpoczyna się od słów anioła – aczkolwiek upadłego – wypowiedzianego do dziewicy w raju. Dzieje naszego zmartwychwstania zaczynają się słowami anioła skierowanymi do Dziewicy w Nazarecie.” Cały Boży plan naszego uświęcenia – akcentuje autor – polega na uczynieniu z nas żyjących uczestników życia i śmierci Chrystusa. Natomiast plan naszego zbawienia polega na odnowieniu wszystkiego w Chrystusie. Jest to możliwe tylko dlatego, że „tworzymy z Nim jedną mistyczną osobę”. Tu warto nadmienić, że słowo „jedność” jest kluczowym dla całej książki i jest pojęciem centralnym całego wykładu ojca Boylana.

„Nasze życie ma ograniczoną długość, a w jeszcze bardziej ograniczony sposób my je posiadamy, gdyż przychodzi do nas po kawałku, chwila po chwili, a nie całe na raz. Aby uchwycić jeden moment, musimy wypuścić z rąk poprzedni; tak jak przesuwanie paciorków różańca w palcach podczas modlitwy różańcowej.” Ta głęboka myśl pokazuje pewną prawdę o nas samych i naszej zachłanności na prawdę dnia wczorajszego. Bardzo niechętnie wypuszczamy z dłoni dzień wczorajszy, żeby móc w pełni otworzyć się na teraźniejszość. Wczoraj wydaje się być synonimem bezpieczeństwa i pewności, dziś jest natomiast znakiem zapytania. Tymczasem bez oderwania się od dnia wczorajszego nie jestem w stanie w pełni przeżyć chwili obecnej w jej niepowtarzalnej prawdzie, gdyż przeżywam ją przez pryzmat prawdy dnia wczorajszego.  Tym samym nie żyję pełnią, gdyż nie potrafię otworzyć się i zaakceptować tego, co przynosi nowy dzień.

Ojciec Boylan podkreśla ze szczególną mocą, że: „Podobnie jak dwie części przedartej kartki idealnie do siebie pasują, tak i Jezus doskonale wpasowuje się w nasze życie i je przepełnia od początku do końca. Nie ma znaczenia jak niewielka część kartki reprezentuje nasze życie – czy jeśli wolisz, czytelniku, nasz brak życia – Chrystus potrafi uzupełnić i uzupełnia całą resztę kartki. Jest naszym doskonałym dopełnieniem.”.

Na zakończenie chciałbym jeszcze zacytować jeden fragment z książki, mówiący o naszym codziennym życiu: „Powinniśmy uświęcać siebie samych i pomagać innym raczej przez zwykłe, a nie niezwykłe uczynki. Święci stają się świętymi, wykorzystując okazje, które przeoczamy, czy nawet takie, którymi gardzimy.”.

Książka „Jezus, w którego wierzę” jest doskonałą lekturą, gdyż pozwala zweryfikować fundamenty naszej wiary i sprawdzić, czy w którymś miejscu nie są one zmurszałe, albo co gorsza, czy gdzieś nie zapadły się. W każdym razie w moich fundamentach znalazłem sporo wyrw…

Artur Żak

[1] Eugene Boylan, Jezus w którego wierzę, Wydawnictwo Księży Marianów PROMIC, Warszawa 2011

Udostępnij