„Prawda, która nic nie kosztuje, jest kłamstwem” – zauważył bł. Jerzy Popiełuszko. Te słowa definiują, co dla nas jest ważne, zarówno w wymiarze jednostki, jak i całego społeczeństwa. To co ważne odkrywamy w ilości czasu, jaki temu poświęcamy. Nasz codzienny harmonogram odzwierciedla priorytety życie i skalę wartości. Ile w tym harmonogramie jest czasu dla dzieci? Czy umiemy „marnować” czas na bycie z dzieckiem? 

Książka Brata Merie – Angel Carre, Kanalie też mają dusze[i], opowiada o spotkaniu dwunastoletniego kloszarda i zakonnika ze Wspólnoty św. Jana.  „Bóg posłał mnie, żebym to tu, to tam starał się podnosić na duchu dzieciaki poranione przez pospolite dramaty współczesnego świata – brak prawdziwych autorytetów, rodzinną obojętność, rozwody, alkoholizm, wszelkie patologie… A one przychodziły zlizywać z naszych dłoni okruchy duchowego chleba.”

Chciałoby się filozoficznie powiedzieć, że żadne spotkanie nie jest przypadkowe. Spotkanie opisane w książce tym bardziej nie było przypadkowe: następnego dnia chłopiec chciał rzucić się pod pociąg metra i odebrać sobie życie. Był przekonany, że kolejne dni nie przyniosą niczego dobrego. Uważał, że w życiu nie czeka go nic pozytywnego. Jego życie, zanim na dobre się zaczęło, już poczęło dobiegać końca.

Pedagogika opisana w książce nie jest oparta o żaden program edukacyjny, ale jej centralną figurą jest cierpliwość: „Ofiarować czas dziecku pogrążonemu w nieszczęściu to coś więcej niż przyznać środki finansowe, które nie mogą uleczyć serca. (…) Muszę pogodzić się z tym, że dziecko wzrasta powoli, w niepewności i ukryciu.”

Czy jest sens tracić czas dla jednostki? Próbować wyciągać ją z bagna bez żadnej gwarancji, że przyniesie to owoce. Odpowiedź brata Marie-Angel jest jednoznaczna i pokazuje, że nie możemy nigdy zapominać o wartości i znaczeniu danej osoby: „Niektórzy przedstawiciele Kościoła mogą wierzyć, że jego przeznaczeniem jest budowanie przyszłości na drodze politycznej, ale w rzeczywistości jedyną jego misją jest zachowanie Bożego objawienia w stanie nienaruszonym i modlitwa, by każdy dzień był taki jak ten – by był dniem powrotu synów marnotrawnych.”

Jeszcze mocniej tę myśl widać w zdaniu: „On chce, żebym stracił wiele czasu na oswojenie tego dziecka. Stracić czas, żeby zdobyć duszę! Jak w zabawie „kto traci – ten wygrywa”. Oszałamiające Boże natchnienie”.

Oczywiście, zawsze pojawiają się głosy, że obecna młodzież jest tak rozwydrzona, że szkoda tracić na nią jakąkolwiek minutę, bo i tak nic z niej nie będzie. Media robią jej sieczkę z mózgu, a niewłaściwe towarzystwo i wzory, jakie czerpie z otoczenia, udaremniają jakąkolwiek właściwą edukację. Jakby słysząc tego typu możliwe oskarżenia, autor przywołuje najpierw Sokratesa, który w 399 r. p.n.e. ubolewał nad wybrykami egocentrycznej młodzieży i twierdził, że jest źle wychowana i za nic ma autorytety. Później cytuje Hezjoda, który w 720 roku przed Chrystusem pisał: „Nie widzę już żadnej nadziej dla naszego kraju, jeśli w przyszłości dzisiejsza młodzież obejmie rządy. Jest to młodzież nieznośna, nieznająca umiaru, po prostu okropna.”

W odpowiedzi autor wskazuje tylko jedno lekarstwo: „Za mało jest ludzi, którzy pomagają innym w dźwiganiu krzyża, jak to zrobił Szymon z Cyreny. Za to zbyt wielu ludzi, niekiedy nawet uczonych teologów, pisze po to, by zostać nauczycielami. Obecne czasy natomiast potrzebują raczej świadków Chrystusa niż nauczycieli, raczej ulicznych wychowawców, niż pedagogów teoretyków. „Człowiek naszych czasów chętniej słucha świadków aniżeli nauczycieli, a jeśli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami” – stwierdził Paweł VI.” – te słowa i ta myśl jest cały czas aktualna i mam wrażenie, że tłumaczy, dlaczego obserwujemy taki ogromny rozwój sekt. Młodzi ludzie nie wierzą nauczycielom, wartość samego słowa „nauczyciel” dewaluuje się w zastraszającym tempie. Poszukują natomiast autentyczności, którą bardziej dostrzegają w sektach niż w rodzinie czy kościele.

Książka „Kanalie też mają dusze” pokazuje powolny proces uzdrawiania młodego człowieka, którego jedyną winą było to, że nigdy nie poznał swojego ojca, bo ten nigdy nie chciał go znać i to, że jego matka nie była w stanie zapewnić mu podstawowej opieki, przez co skazała go na ulicę.

Nawet nie chcę próbować określić liczby odrzuconych dzieciaków w naszym kraju, których winą było, jest i będzie urodzić się w biedzie, a przymus życiowy zmusza ich do radzenia sobie w życiu wszelkimi dostępnymi sposobami, nawet jeżeli nie mają one wiele wspólnego z Dekalogiem. Rozwiązaniem problemu nie są kolejne programy, granty, rozważania psychologiczne, ośrodki pomocy społecznej, fundacje i projekty dostosowawcze. Wokół potrzebujących rozbudowała się ogromna machina, która potrzebuje biedy i odrzucenia, aby uzasadnić swoje istnienie i w ten sposób przeżerać pieniądze i wołać o coraz to nowe. Ta machina, której łuski w dużej mierze błyszczą od lewicowej nowomowy, ma tyle wspólnego z autentyczną pomocą jednostce, co zeszłoroczny śnieg z tegorocznymi deszczami. Machina nie ma czasu na jednostkę, bo inaczej nie byłaby w stanie uzasadnić swojego istnienia i biurokratycznej struktury.

Dlatego tym bardziej ważne jest, aby nagłaśniać te inicjatywy i te konkretne osoby, które w swojej autentycznej chęci pomocy zatrzymują wzrok na człowieku i nie boją się tracić dla niego czasu.

Recenzję chciałbym zakończyć słowami, a raczej wpisem na Twitterze, księdza Janusza Chyły: „Alternatywni bogowie (każdy w „coś” wierzy), nie dają zbawienia. Raczej człowieka przekształcają w „demona”.” To my ponosimy odpowiedzialność za to, w co nasze dzieci wierzą i co z tą wiarą robią. To my jesteśmy odpowiedzialni, kim się stają…

[i] Brat Merie – Angel Carre, Kanalie też mają dusze, PROMIC – Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 2011

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Rebelya.pl

Udostępnij