Czym prościej napisana książka, tym więcej skrywa tajemnic – nie jest to odkrywcze, ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że Ameryka czekała na swoje odkrycie przez Kolumba znacznie dłużej. „Modlitwa myślna” Eugene Boylan[1], irlandzkiego trapisty, malutkimi kroczkami wprowadza czytelnika w istotę modlitwy. Nie jest to jednak modlitwa przez małe czy średnie „m”. Autor  zabiera czytelnika w podróż, dzięki której będzie on mógł „spojrzeć Bogu w oczy”. – pisze Artur Żak.

Zanim jednak uda nam się choć podnieść powieki, czy zatrzepotać rzęsami, czyli gdzieś około setnej strony, pojawią się pytania o istotę i wiarygodność naszej własnej modlitwy. Przyznam się, że z bezmiaru płytkości mojej wiary pojawiły się pytania: czy umiem się modlić? czym jest moja modlitwa? dlaczego się modlę? Kilka razy pytania były na tyle natarczywe, że miałem ochotę cisnąć książkę w kąt, ale właśnie wtedy pojawiała się wątpliwość: „jeśli nie przeczytasz do końca, to nie dowiesz się, jak to jest patrzeć Bogu prosto w oczy”.

Słowa książki płyną nieśpiesznie, jakby same w sobie miały być modlitwą ziarenek piasku w klepsydrze. Z tej nieśpieszności rodzi się przejrzysty styl i kunsztowność zdań, za co słowa uznania również dla tłumacza. No dobrze, czym, w takim wypadku, jest modlitwa i czy w ogóle jest sens poświęcać jej czas?

Autor odpowiada jednoznacznie: „Chrześcijanin, który się nie modli, jest jak człowiek bezmyślny i bezwolny – w zakresie życia duchowego staje się podobny zwierzęciu.” Modlitwa jest wznoszeniem umysłu i serca ku Bogu, po to, „aby go adorować, wielbić, dziękować Mu za Jego łaski oraz błagać Go o nie, jak też zwracać się o Jego miłosierdzie.” Niby wszystko jasne i proste, a jednak kolejne stopnie wtajemniczenia w modlitwę wymagają od nas pokonania wielu przeszkód, zarówno tych zewnętrznych, jak i tych wewnętrznych. Często zamiast Boga szukamy potwierdzenia dla siebie i swojego ja. Autor nie potępia jednak tych naszych słabości i błędnych poszukiwań, gdyż:  „Nie ma nikogo, kto by był pozbawiony prawa zbliżenia się do Chrystusa, prawa do rozmowy z Nim, ukazania Mu swoich grzechów, opowiadania Mu o własnym życiu duchowym czy też jakimkolwiek jego aspekcie na podobnej zasadzie, na jakiej rozmawia się z lekarzem o chorobie, z przyjacielem – o prywatnych sprawach, z ukochanym czy ukochaną – o swoim życiu, z jego smutkami i radościami, nadziejami i obawami.”

Nie jest wcale łatwo patrzeć komuś w oczy. Często odwracamy wstydliwie wzrok, odwracamy głowę. Tym bardziej trudno, gdy po drugiej stronie jest Bóg. Wymaga to przekalibrowania całej naszej optyki i samego siebie, żeby na końcu narodzić się ponownie w Bogu. „Żaden człowiek nie ma dość siły, by służyć Bogu całym sercem, dopóki jego zmysłowa natura nie zacznie odnajdować swojej przyjemności przyciągającej ją ku Niemu.”

Jednym z najtrudniejszych etapów wzrostu duchowego jest pozorny brak odzewu ze strony Boga. Mamy wtedy poczucie, że nasza modlitwa jest jałowa i nijaka. Odzywa się tutaj nasza niecierpliwość i żądza natychmiastowych efektów. Ojciec Eugene odpowiada uspakajająco: „Często Pan Bóg w ciągu dnia pracy, nawet kiedy jesteśmy najbardziej zajęci, udziela nam tych łask, które wstrzymał w godzinie modlitwy. W istocie, człowiek, który pilnuje siebie samego, nieustannie akceptuje wszystkie zrządzenia opatrzności Bożej i dostosowuje się do niej, szczególnie wtedy, kiedy wydaje mu się, iż Bóg stawia przeszkody na jego drodze, odczuwa, że postanowienia Pana, jakkolwiek niezrozumiałe wydają się mu się na początku, są w rzeczywistości przepełnione najcudowniejszą łagodnością i obfitują w łaski i miłosierdzie”.

Modlitwa jest procesem. Często, żeby posunąć się do przodu, musimy zrobić krok w tył. Zdarza się tak szczególnie, kiedy niewłaściwie dobieramy rodzaj modlitwy do naszego duchowego poziomu: „Osoba próbująca dostosować się do modlitwy, której typ przekracza jej duchowe siły bądź też nie jest dostosowany do jej wieku, wkrótce zacznie doznawać trudności i będzie modlić się mniej regularnie, a także tracić uprzednią siłę ducha.”

Aby zbliżyć się do Boga, nie potrzeba żadnych wielkich i pięknych słów. „W prywatnej modlitwie „pięknych słów” należy wystrzegać się jak plagi.”. Dlatego: „Wspaniałą rzeczą jest rozmowa z Panem naszymi własnymi słowami, zupełnie prosta, na każdy temat, który interesuje zarówno nas, jak i Pana Boga. Nie powinniśmy silić się na piękne słowa czy okrągłe zdania. Nasz Pan nie tylko nie pragnie pięknych przemówień, ale nawet nie domaga się od nas poprawności gramatycznej.”

Nie chcę tutaj szczegółowo relacjonować rozważań autora. Kiedy jednak głęboko wczytamy się w książkę dostrzeżemy, że nie ma możliwości rozwoju w modlitwie bez zrozumienia, że: „Tajemnica wszelkich zażyłych czy też partnerskich relacji z Chrystusem jest dawanie Mu szansy, aby był dla nas Zbawicielem.”. Dlatego nie wielkie słowa, nie gadanina, ale przyjecie jako pewnik, że: „Nigdy nie wolno nam zapomnieć, że skoro Pan jest Bogiem, to jest wszechmogący, dlatego nie istnieje tak poważny grzech, słabość, smutek czy rozpacz, z których Pan nie mógłby bądź nie chciał nas wyzwolić.”. Ten pewnik otwiera przed nami drzwi do pogłębionej relacji z Bogiem, nawet gdy sami czujemy się niegodni i nieprzygotowani.

„Modlitwa oznacza skupienie się na Bogu. Wyższe stadia modlitwy w ogóle nie są możliwe, jeśli człowiek nie przestanie przyglądać się samemu sobie oraz własnym wysiłkom.” Tymczasem wielu traktuje modlitwę jako swojego rodzaju lustro, w którym chce znaleźć prawdę o sobie, a Bóg jest tylko tłem. Konsekwencją takiej filozofii jest przegadanie. „Powszechnym błędem jest staranie się, aby przez cały czas mówić. Modlący się człowiek powinien zaś od czasu do czasu umilknąć i nasłuchiwać Boga. Pan odpowiada nam bowiem w naszym sumieniu lub sercu często całkiem wyraźnie.” Przy czym trzeba wystrzegać się łudzenia samego siebie różnego rodzaju wyobrażeniami lub myśleniem życzeniowym.

Pewne jest, że na swojej drodze napotkamy wiele ograniczeń i przeszkód, które będą nas cofały na drodze rozwoju duchowego, albo wręcz będą zniechęcały nas do podążania drogą modlitwy. Dlatego tak ważne jest stałe czuwanie. Nie możemy również zapominać, że Bóg, który jest lekarstwem, jest w stanie uleczyć nas, a tym bardziej uleczyć wszystkie niedostatki i słabości naszej modlitwy i naszej duchowości. Nie stanie się to jednak bez modlitwy.

W powyższych akapitach opisałem zaledwie promil myśli i refleksji autora. Na zakończenie chciałem zwrócić jeszcze uwagę na jeden fakt: autor rozpoczął pisać książkę we wrześniu 1942 roku w klasztorze Mount St. Joseph, w irlandzkim mieście Roscrea. Gdzieś na zewnątrz szalała zawierucha wojenna, a autor skupił się na tym co nie przemija i co otwiera nas na nieprzemijające.

Artur Żak

[1] Eugene Boylan, Modlitwa myślna, PROMIC – Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 2011

Udostępnij