Bł. Eustachio van Lieshout SSCC należał do Zgromadzenia Sercanów Białych. 15 czerwca 2006,  w Belo Horizonte, został ogłoszony błogosławionym. Książka o nim ukazała się w serii „Wielcy ludzie Kościoła”. Książkę warto przeczytać między innymi dlatego, że dotyka ona istoty pytania, czym jest modlitwa o uzdrowienie i czym są duże zgromadzenia osób podążające za osobą mającą opinię „uzdrowiciela”. Wiele osób mówi o nieodpowiednim akcencie położonym na uzdrowienie, o niezdrowej atmosferze sensacji wokół takiej postaci. Książka o bł. Eustachy pokazuje, że świętość zawsze będzie przyciągała wiernych – pisze Maria Patynowska.

Jak wygląda droga do świętości bł. Eustachio van Lieshout SSCC? Jego życie rozpoczyna się jak wiele życiorysów kapłanów. Urodził się w Aarle-Rixtel (Holandia) 3 listopada 1890 jako ósme dziecko w wielodzietnej chłopskiej rodzinie. Został ochrzczony w dniu urodzin i nadano mu imię Humbert.  Jego rodzina była spokojna i bardzo religijna, oszczędna i pracowita. Nie tylko on z trzynaściorga dzieci poświęcił się Bogu, także jego dwie siostry wstąpiły do zakonu. Już w dzieciństwie jedną z ulubionych zabaw rodzeństwa było naśladowanie odprawiania Mszy Świętej. Hubert „głosił kazanie”, a siostry pobożnie go słuchały…

Pomimo pobożności środowiska, trudno powiedzieć, żeby rodzice przyszłego błogosławionego byli zadowoleni z faktu, że syn nie chce pozostać na gospodarstwie, tylko wybiera drogę zakonną. W końcu jednak pogodzili się z tym. Hubert tak przekonywał swojego ojca do decyzji: „Dam z siebie wszystko co najlepsze. Powinniśmy zaufać Panu Bogu. Wszystko się ułoży”.

Przez proces formacji „jakoś przeszedł”, ale nie miał opinii wybitnego studenta. Jego chłopskie pochodzenie skutkowało lukami w wykształceniu. W seminarium zanotowano, że ma problemy z nauką języków, ale do święceń został dopuszczony i przyjął zakonne imię Eustachy. Jego pracę duszpasterską cechowała spontaniczność i wrodzona prostota. Był dobrym mówcą. Zdecydowanie nie był typem naukowca, który lubi siedzieć z nosem w książkach, ale bardzo dobrze radził sobie w kontaktach z ludźmi. Na początku swojej drogi kapłańskiej był duszpasterzem robotników. Jedna z jego parafianek z tamtych lat  wspomina, że „kiedyś mieliśmy proboszcza pobożnego, a ten cały czas się śmieje, nawet w konfesjonale”. Jego praca duszpasterska została doceniona i nawet został uhonorowany przez rząd belgijski specjalnym honorowym orderem.

Nowy rozdział w życiu Eustachego otworzył się  w chwili gdy Zgromadzenie Sercanów Białych postanowiło otworzyć misję w Brazylii. Ten misyjnych, najbogatszy  etap w jego życiu, będzie trwał osiemnaście lat (1925-1943). Ojciec Eustachy będzie tam nazywany Eustaquio. Do Rio de Janeiro przybył 12 maja 1925. Pierwsze dziesięć lat spędził w Agua Suja (1925-1935), gdzie pracował wśród bardzo biednych górników, o których byt materialny musiał dbać, nie tylko o duchowy.

Najbardziej znamienny będzie jego pobyt w Poá w latach 1935 -1941. Zwłaszcza na tej placówce Eustachio będzie miał opinie kapłana wybitnego, bardzo skutecznie modlącego się wystawienniczo za chorych. Na stronie internetowej Zgromadzenia czytamy: „Od roku 1937 apostolat Ojca Eustaquio przybiera szczególne zabarwienie: dar uzdrawiania za pośrednictwem św. Józefa. Jego starania, by pogłębić wiarę ludu i uwolnić go od okultyzmu zaczęły przynosić owoce. Jego sława osiągnęła najdalsze zakątki Brazylii, do tego stopnia, że zewsząd zaczęli przybywać ludzie, aby zobaczyć ojca Eustaquio i otrzymać uzdrowienie. Tłumy ludzi ściągały do Poá, nawet kilkadziesiąt tysięcy dziennie, a wszyscy pragnęli uzdrowienia dla siebie lub najbliższych. Przepełnione pociągi, niewydolne hotele, za małe restauracje. Po 40 osób w konfesjonale dziennie. A jednocześnie cuda na każdym kroku…

Parafia nie nadążała z obsługą pielgrzymów, więc lokalne władze zaczęły interweniować u przełożonych, aby zmieniono ojca Eustaquio. Co więcej, władze obawiały się wybuchu epidemii z powodu tak dużego natłoku ludzi chorych. Natychmiast po otrzymaniu listu od przełożonych, 13 maja 1941 Eustaquio opuścił parafię.

„Dwa ostatnie lata życia o. Eustaquio to prawdziwa pielgrzymka. Gdziekolwiek przybywał, nawet incognito, ściągały do niego tłumy ludzi w poszukiwaniu pomocy, pociechy i uzdrowienia.  Zatrzymał się na dwa tygodnie w Rio de Janeiro, i tam też utworzyły się ogromne tłumy, które go szukały. Reklama w prasie była tak wielka, że pewnego dnia zatrzymano ruch w kierunku plaży Botafogo, z powodu wielkiej ilości ludzi, którzy szukali ojca Eustaquio.”

Nadmiar wiernych też może być kłopotem. Dziś, gdy coraz mniej osób przychodzi do kościoła, osoba ojca Eustaquio wyraźnie pokazuje, że to co najbardziej przyciąga, to świętość.

Maria Patynowska

Eduard Brion, Eustachy van Lieshout, Tłumaczenie: Dominika Grabiec, Zbigniew Zalewski, Dominika Zalewska, Wydawnictwo WAM,  Kraków 2012

 

 

Udostępnij