Właśnie ukazał się drugi tom powieści Jadwigi Czechowicz „Kresy i bezkresy”. Książki na polskim rynku wyjątkowej, a nade wszystko odważnej. Akcja pierwszego tomu zaczyna się w 1870 roku, a tom drugi kończy w 1996 roku. Autorka pokazuje ponad stuletnią panoramę zmagań Polaków o zachowanie wierności Bogu i ojczyźnie, bo jak pisze: „We wszystkich sprawach, czy to małych, czy to dużych, zawsze na czele stawiamy Boga. Jedynie wtedy przetrwamy, jako Polacy.”. O książce Jadwigi Czechowicz „Kresy i bezkresy” – pisze Artur Żak.

Najbardziej fascynuje mnie w książce spokojny oddech, jakim jest pisana. Grzechem współczesnej literatury jest pośpiech, efekciarskie zabiegi i wręcz nijakość, bo niewielu naszych pisarzy ma cokolwiek nowego do powiedzenia. Jadwiga Czechowicz powoli snuje opowieść o swojej rodzinie na tle burzliwych lat zaborów, zawieruchy I i II Wojny Światowej i wreszcie czasów komunizmu. Niczego nie przyśpiesza, nie szuka narracyjnych sztuczek. Pozwala, aby opowieść szła swoim rytmem. W tomie pierwszym opowiada, przede wszystkim, o swoim dziadku Józefie Olsiewiczu, natomiast w drugiej części pokazuje burzliwe doświadczenia mamy – Edwardy Zarzyckiej.

Nie jest to jednak zwykła opowieść biograficzna, jak można by sądzić. Jest to książka, którą można odczytywać na wielu poziomach. Nadrzędnym jest historia rodzinna, ale kolejne warstwy wcale nie są drugoplanowe. Wzajemnie się przeplatają i dzięki temu otrzymujemy mądrą książkę. Autorka dogłębnie analizuje rzeczywistość. Pokazuje blaski i cienie życia. Widać u niej również ogromną wrażliwość na ludzką biedę i dotykającą ludzi niesprawiedliwość. Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć krótki fragment: „Świadomość, że czuwa nad nimi Bóg, dodawała Józefowi i Lutkowi skrzydeł, ale bolała ich niesprawiedliwość społeczna, bolała krzywda widziana u innych. Tyle biedy, tyle biedaków, a wszyscy bez grosza przy duszy, bo posprzedawali co mieli i wydali na wyjazd z ojczystego kraju. Zdawało się, że za wielką wodą doznają pocieszenia i ulgi w trudzie, a tu trzeba będzie zakasać rękawy i harować, o ile zdrowie pozwoli i jeśli złodzieje lub oszuści nie doświadczą biednego człowieka.”

W „Kresach i bezkresach” jest coś niewinnego, wręcz delikatnego. Jest czułość i prawdziwa fascynacja swoimi przodkami, ale opowiedziana przez pryzmat wartości, jakie wyznają. To właśnie te wartości stanowią o ich sile, ale i są źródłem przetrwania najtrudniejszych momentów. Doskonale widać to w opisie Józefa Olsiewicza:  „Modlitwa pełna pokory wznosiła się pod krzyżem do Chrystusa cierpiącego i Jego Matki Bolesnej. Życie Józefa skrywało bóle i trudy, które włączał w mękę Chrystusa, które powierzał Bożej opiece i w pełni zawierzał Bogu siebie. Wobec świata przyjmował tarczę, którą była wiara, nadzieja i miłość. Nad sobą czuł Boga, nie chciał wyrywać się spod Jego skrzydeł, błagał o siły w wyrwaniu, a żal, który drążył jego serce, przemieniał się w siłę i męstwo wyznania wiary. Wrogość, która go otaczała, miała do niego przystęp zewnętrzny tylko, ale nigdy nie dosięgała serca.”

W tomie drugim zobaczymy, że fundament wychowania, jaki dali dzieciom Józef i Paulina Olsiewiczowie, okazał się trwały i ich dzieci żyły tymi samymi wartościami. Chciałbym w tym miejscu przytoczyć słowa ich córki Edwardy o komunizmie: „Wyobraź sobie martwy, kamienny, olbrzymi blok bez okien, blok, do którego nie można się dostać, a wokół niego zieleń, kwiaty, ludzie – prawdziwe życie… Tak właśnie wygląda komunizm – bryła wypełniona marazmem i stagnacją, a wokół radość istnienia, nieważne, że w biedzie, ale bez związku z tą zakłamaną, pełną samouwielbienia i władczości skałą… A wiesz, co nad daje siłę do trwania w tym układzie? Wyłącznie wiara. Bóg, honor i ojczyzna – to nie są dla nas puste słowa – my nimi żyjemy. We wszystkich sprawach, czy to małych, czy to dużych, zawsze na czele stawiamy Boga. Jedynie wtedy przetrwamy, jako Polacy.”

Ważną postacią do zrozumienia powieści jest pojawiający się w pierwszym tomie bezimienny pielgrzym, który chodzi od wsi do wsi, od chaty do chaty i podtrzymuje gasnącą iskierkę wiary w światło Bożej Miłości. Wokół szaleją zaborcy, prawa katolików są łamane, kościoły zamykane, dzieci na siłę rusyfikowane, a Polacy prześladowani. Pielgrzym nie przeklina, nie biadoli, a mówi proroczo: „Ja nie na to pielgrzymuję, żeby znaleźć sobie dom, bo dom mam, ale na to chodzę, żeby światło w tym domu nie zgasło, żeby podtrzymać je, bo gdy jego braknie, to na co komu taki dom.” I dalej tłumaczy cierpliwie: „Najpierw dom swój trzeba rozjaśnić, a tym domem dla każdego serce jego, a później wokół rozświetlać wszystko od tej iskry, co w sercu się żarzy. Cały świat zapalić tym światłem trzeba, dlatego nie mogę nie chodzić.” I na koniec stwierdza: „Bo choćbym zagrzał się sam w cieple i światłem oświecił mój dom, a wokół było zimno i ciemno, to dom byłby dla mnie więzieniem, a mnie potrzeba wolności.”

Autorka w pewnym stopniu zachęca, aby każdy z nas podjął próbę dotarcia do prawdy o swoich przodkach, bo tam często kryje się odpowiedź na najmocniej dręczące nas dylematy. Na przykładzie życia naszych przodków możemy również odkryć, że to co w życiu najważniejsze, to wierności podstawowym prawdom, dzięki którym człowiek zachowuje swoje człowieczeństwa, a wręcz sięga ku świętości. Bo droga życiowa zarówno dziadka autorki, jak i jej mamy, to droga bycia dobrym człowiekiem, to droga życia w zgodzie z Bogiem i ze samym sobą. Warto na nie spojrzeć, aby odszukać drogę dla siebie.

Artur Żak

Jadwiga Czechowicz, Kresy i bezkresy, Wydawnictwo Prohibita, Tom I Warszawa 2016, Tom II Warszawa 2019

 

Udostępnij