Książka Nicolasa Diata traktuje o śmierci i o umieraniu. Wielu może ona zaszokować, gdyż uwypukla to, co współczesny materialistyczny świat skrzętnie próbuje zamaskować i wyeliminować z przestrzeni życia publicznego. O książce Nicolasa Diat „Czas umierania” – pisze Maria Patynowska.

Zacznę recenzję od cytatu, który doskonale wprowadzi czytelnika w atmosferę publikacji: „W klasztorze nie opłakujemy śmierci, nie należy się w tym dopatrywać oschłości naszych uczuć. Wiemy dokąd odchodzą nasi bracia. Pogrzeby zawsze są radosne. Nasze życie powinno być nowicjatem przed wiecznością. Całe życie liturgiczne mnicha przygotowuje go na ostatnie godziny”.

Francuski dziennikarz Nicolas Diat odwiedził kilka męskich klasztorów kontemplacyjnych, aby porozmawiać z mnichami na temat śmierci. Najlepszą rekomendacją dla jego książki jest wstęp napisany przez kardynała Saraha – prefekta Kongregacji d.s. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, który dziękuje autorowi za „odważne podjęcie zagadnienia, o którym konwenanse niemal zabraniają mówić, to dowód śmiałej prostoty, ale także wielkiej wiary”. „Odkładamy cielesną powłokę z którą nie moglibyśmy się poruszać w bożej atmosferze” – kontynuuje kardynał. Dla przepełnionych wiarą bohaterów książki „ich zgon jest przejściem do życia, które człowiek przygotował na tej ziemi i które otrzymuje od Boga jako przedłużenie bez końca. Śmierć stawia nas w nieskończoności i głębokości Boga”.

Na pewno nie było łatwo napisać tę książkę, niezliczone rozmowy oraz wywiady trwały latami. Najbardziej zadziwiające jest to, że autorowi udało się otworzyć serca ludzi milczących i naturalnie nieufnych wobec ludzi z zewnątrz, a tym bardziej zachowujących zrozumiały dystans wobec dziennikarzy. Zapewne pomogła protekcja kardynała i fakt, że Nicolas Diat jest znanym autorem książek o treści duchowej. Oto jak on sam zdefiniował cel swojej książki: „Chciałbym, żeby ta książka dała nam nieco nadziei, gdyż mnisi pokazują, że ludzka śmierć jest możliwa, człowiek XXI wieku nie jest skazany na samotne dokonywanie żywota, bez miłości, w anonimowych szpitalnych pomieszczeniach. Człowiek XXI wieku nie jest skazany na fałszywe człowieczeństwo śmierci ukrytej pod makijażem i kostiumem, w odrealnionych salonach pogrzebowych. Być może mnisi są dzisiaj ostatnimi ludźmi, którzy mogą zrozumieć słowa św. Franciszka z Asyżu z jego Pieśni Słonecznej: Pochwalony bądź, Panie, przez siostrę naszą śmierć cielesną…”.

Tytuł książki nawiązuje do pierwszych słów biblijnej księgi Koheleta „Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem. Jest czas rodzenia i czas umierania (…) nie pojmie człowiek dzieł, jakich Bóg dokonuje od początku aż do końca”. Książka za pomocą krótszych bądź dłuższych opowieści przybliża nas do zrozumienia istoty śmierci. Wędrujemy wraz z autorem, który notuje to, co mnisi mają mu do powiedzenia, czasami przytaczając dosłowne brzmienie dialogów, innym razem posługując się wspomnieniami czy opisami. W tej książce forma narracji jest na wskroś realistyczna i na próżno by szukać sztucznych wyidealizowanych obrazów. Według mnie jest to arcydzieło.

Jednym z pierwszych opowiadań jest tragiczna historia samobójczej śmierci mnicha chorującego na depresję. W dzień po święcie Zmartwychwstania zostawił on braciom list informujący o zamiarze popełnienia samobójstwa oraz błędną informację odnośnie miejsca swojego pobytu. W rezultacie jego ciało zostało odnalezione w nieoczekiwanym miejscu przez osobę świecką odbywającą w klasztorze rekolekcje.

Autor nie szczędzi nam opisów starców chorych na syndrom Alzheimera, mnichów z chorobami urojeniowymi itp. Przekazuje bardzo realistyczny obraz śmierci i choroby, wobec którego wszyscy ludzie są równi, niezależnie od stanu i pochodzenia. Te wspomnienia przypominają mi trochę rozmowy w gronie rodziny, w którym czasami wspomina się śmierć osób najbliższych. Nie towarzyszy im jednak płaczliwy nastrój, przeciwnie, w wielu momentach mnisi żartują ze śmierci. Jeden z młodych zakonników wspomina ostatnią rozmowę z umierającym współbratem: „Pewnego dnia gdy był sam w pokoju, brat Philippe zapytał go: no i co bracie Marie-Joseph, idzie brat do nieba? Padła wspaniała odpowiedź, z chropowatym akcentem: tak, i to będzie zabawa na całego”.

Dowiadujemy się, że pośród mnichów są również tacy, którzy boją się śmierci i pragną ratować swoje życie za wszelką cenę. Pod tym względem ich przełożeni są elastyczni i pozwalają na odstępstwa od ścisłej reguły, która niegdyś niemal zupełnie nie przewidywała pobytów w szpitalu.
I tu pojawia się nowy trudny temat. Dotyczy medycznie wywoływanego w szpitalach „głębokiego trwałego uspokojenia”, które nie jest eutanazją, ale powoduje wprowadzenie w stan nieświadomości na czas śmierci. Mnichom to nie odpowiada, oni chcą świadomie spotkać się z Panem Jezusem. Jeżeli zaś nieświadomość pojawi się z przyczyn naturalnych, akceptują ją, uważając, że dusza stale się modli, chociaż bez słów, jeżeli mnich był za życia duchowo nastawiony ku Bogu.

Do niedawna klasztory były zupełnie samowystarczalne, jeżeli chodzi o opiekę nad chorymi. Gromadzono ich w osobnych miejscach zwanych infirmeriami i tam właśnie najczęściej następowały opisywane w książce zgony. Umierającym zakonnikom towarzyszyli opiekujący się nimi infirmerzy. Najczęściej to oni udzielają autorowi wywiadu. Opowiadając o wysiłkach jakie podejmowali dla słabnących braci, dają piękny obraz braterskiej miłości. Jeden z nich opowiada dziennikarzowi, że jego obowiązkiem jest stać w grobie, kiedy na desce spuszcza się do niego ciało zmarłego mnicha, gdyż w większości radykalnych klasztorów kontemplacyjnych nie używa się trumien. Słowo „zagrzebać” ma tutaj wymiar dosłowny. Tym, który najwyraźniej widzi to, co się dzieje w grobie jest najmłodszy powołaniem mnich, który trzyma procesyjny krzyż. W ten sposób podkreślana jest ciągłość życia klasztoru, gdzie młode pokolenia zastępują odchodzących. W zakonach istnieje też specjalna forma wspominania zmarłych, których imiona odczytywane są w różnych okolicznościach codziennego życia.

Jest to lektura dla każdego, ponieważ każdego z nas czeka śmierć.

Na zakończenie dodam, że prezentowana książka uhonorowana została nagrodą im. Kardynała Jean-Marie Lustigiera, Wielką Nagrodą Akademii Francuskiej. Bardzo słusznie, gdyż jest ona naprawdę wspaniała i zdecydowanie również w Polsce powinna być zauważona.

Maria Patynowska

Nicolas Diat, Czas umierania, tł. Agnieszka Kuryś, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2018.

Udostępnij