„Sztuka religijna, chociaż zgaszona, chociaż zamarła, może się odrodzić”. Moim zdaniem w tym zdaniu kryje się przesłanie książki Jorisa-Karla Huysmansa „Oblat”. Autor był w pewnym sensie prorokiem, gdyż już sto lat temu przewidział kryzys, którego dziś doświadczamy i opracował plan ratunkowy – benedyktyńską „oblatuję”. W prezentowanej książce Huysmans z benedyktyńską cierpliwością wyjaśnia to zagadnienie oraz tłumaczy dlaczego warto po ten ratunek sięgać – pisze Maria Patynowska.

Na początku XX wieku Kościół we Francji na pewno miał się lepiej niż obecnie. Życie zakonne zdołało się już podnieść po rzeziach i prześladowaniach rewolucji francuskiej, a nie nadeszła jeszcze fala gwałtownych i nie zawsze trafionych „reform” Soboru Watykańskiego II.

Ta książka jest zapisem poglądów „pewnego” środowiska, które próbowało odtwarzać i twórczo kontynuować obyczaje i rytuały klasztorów o regule benedyktyńskiej. Ich celem było zrekonstruowanie schematu funkcjonowania osób świeckich należących do struktury zakonów, które pomagały zakonnikom w codziennych czynnościach, wykonywały prace fizyczne, i co dla autora najistotniejsze, tworzyły sztukę religijną, która w średniowiecznych klasztorach benedyktyńskich stała na bardzo wysokim poziomie i skutecznie prowadziła ludzi do Boga. Autor zauważa, że współcześnie sztuka ma znacznie mniejszą skuteczność w nawracaniu niż kiedyś: „Kościół zdaje się bez sił i w opuszczeniu, od kiedy porzucił sztukę, a sztuka się od niego odsunęła. Utracił najlepsze narzędzie rozkrzewiania, najpewniejszy środek obrony. Wydawałoby się, że teraz, kiedy jest osaczony, kiedy zewsząd nabiera wody, powinien błagać Pana o zesłanie mu artystów, których dzieła sprawiłyby więcej nawróceń”.

Aby zrozumieć, co autor ma na myśli pisząc o artystach zesłanych Kościołowi, trzeba najpierw poznać jego własną historię. Można z nim utożsamić losy głównego bohatera tej książki – Durtala, artysty, który tworzył w nurcie promującym „dekadentyzm”i zdobył sławę literacką na skandalach. Po burzliwych i trudnych doświadczeniach młodości rozpoczął poszukiwanie sensu życia, co utrwalił dla potomnych w trylogii. Najsłynniejsza jest część trzecia p.t. „Katedra”,  opowiadająca o roli jaką w jego nawróceniu pełniła katedra w Chartres. „Oblat” jest zwieńczeniem tej trylogii: autor zamieszkuje w klasztorze jako świecki benedyktyn czyli tytułowy „oblat”. 

Książkę warto przeczytać, gdyż jest to klasyczna, francuska literatura piękna najwyższych lotów. „Katedra” swojego czasu odniosła we Francji ogromny sukces komercyjny, a Joris Karl Huysman stał się jednym z najsłynniejszych autorów. Dzięki temu mógł spełnić swoje marzenie i zamieszkać w klasztorze w opactwie Liguge, w diecezji Poitiers: „Wszczepiłem sobie smakowity jad liturgii, wsączyłem w krew duszy i nie wydalam go nic a nic. Jestem morfinistą Bożego oficjum”. Oto prawdziwa Boża pasja!

Po sposobie pisania widać, że Huysman jest świetnym literatem, potrafiącym doskonale oddać zmysłowe wrażenia. Można to zaobserwować zwłaszcza w bardzo mocnych i nieraz szokujących opisach. Na przykład opisując pewne miejsce, ma wrażenie, że „pachniało przejrzałym melonem, gnijącą truskawką, zdejmowanym kompresem”. W innej sytuacji pisze jak dzieła przyrody „w słońcu nabierały paskudnych barw, zielone jak pleśń, żółte jak żółtaczka, fioletowe jak osad w winie, różowe jak oparzenia, brązowe jak zgniłe smardze i zmoczone kakao”. Już na podstawie przytoczonych przykładów doskonale widać, że nie są to spostrzeżenia przeciętnego umysłu. Czujemy ten niesamowity zachwyt nad obyczajowością benedyktynów: „Oswobodzony z długiego czarnego pluwiału i okryty białą albą ojciec Antym Bernard, opat, wydawał się jeszcze wyższy. Z wyżyn swego siedziska górował nad całym kościołem. Gdy przepasano go sznurem, wykonał ręką ruch, by ponownie zawiesić sobie na szyi pektorał podany przez jednego z liturgów, pocałował krzyż i wtedy pierścień na jego palcu oświetlony blaskiem świec posłał błyskawicę”. Czujemy też wielkie emocje, jakie towarzyszą autorowi, kiedy styka się ze sztuką renesansu, którą, jako wielbicielowi średniowiecza, trudno mu zaakceptować i którą oskarża o upadek. „Panna Święta ustawiona na portalu kaplicy kilka kroków stąd, podsuwa myśl o wrednej babie gotowej bić płaczące dziecko. Wzdragam się na myśl, że ta Madonna miałaby pochodzić od niego. Nie. Ten człowiek mimo braku mistycznej infuzji potrafił mimo wszystko oddać epicką wielkość Mojżesza. Spod jego dłuta nie mogła wyjść Maryja w wizerunku tak wulgarnym i kłamliwym”. Bardzo krytykuje Slutera i muszę przyznać, że jest mi trochę przykro, bo to mój ulubiony średniowieczny rzeźbiarz, którego renesansowe innowacje odbieram jako bardzo sympatyczne.

Literat, zanim zdecydował się zamieszkać w jednym z klasztorów, dużo podróżował i porównywał oferty różnego rodzaju „oblacji”. Nigdy nie zdołał uzyskać jasnej odpowiedzi, co dokładnie oznacza oblatura. „To zależy od dobrej woli ojca opata, a więc też może wyglądać różnie w różnych klasztorach”, W zaciszu klasztornym obmyślał, jak zreformować Kościół. Narzędziem do tego miała być właśnie oblatura. „Sztuka religijna, chociaż zgaszona, chociaż zamarła, może się odrodzić. Jeśli ma jakiś sens oblatura benedyktyńska – to właśnie wskrzesić ją i wznieść na wyżyny”.

Miało to się stać poprzez powrót do starego zwyczaju, według którego artyści zamieszkiwali w klasztorach, a celem ich służby na rzecz piękna było doprowadzanie ludzi do Boga. „Oczywiście nie będzie łatwo zorganizować tę instytucję. Wiele trzeba, aby funkcjonowała dobrze… Po pierwsze – pobożnych i utalentowanych artystów. Gdzież tacy są? Nie mam pojęcia. Ale to już sprawa dla Pana Boga, żeby ich wzbudzić, jeśli ich nie ma, a jeśli są, zgrupować bezimiennych nieznajomych rozproszonych po zaułkach i zakamarkach. Potem trzeba by urządzić klasztorek”.

Jego wizje są bardzo konkretne nawet co do miejsca: „Patrząc od ludzkiej strony, instytucja taka możliwa byłaby tylko w Paryżu lub w okolicy, bo literaci, badacze archiwaliów, erudyci, specjaliści różnych dyscyplin, jak i malarze, rzeźbiarze, architekci, mistrzowie wszelkich sztuk, którzy mogliby zamieszkać w oblackich domach, musieliby utrzymywać więź z wydawcami i marszandami, uczęszczać do muzeów i bibliotek”.

Moim zdaniem autor rzeczywiście miał wizję. Może warto przemyśleć jeszcze raz.

Maria Patynowska

Joris Karl Huysmans, Oblat, Instytut Globalizacji, Gliwice 2018.

Udostępnij