„Jedno dzieciątko i zmienia bieg wszystkiego” (s.370). Z tym stwierdzeniem trudno dyskutować, gdyż każdy, kto zostaje rodzicem na własnej skórze doświadcza jego prawdziwości. Jedno pytanie nie daje mi spokoju, odkąd przeczytałam książkę Emilii Litwinko „Cuda są możliwe”: Czy my rodzice jesteśmy zdolni w pełni zaakceptować nasze dzieci takimi jakie są czy może akceptujemy jedynie nasze o nich wyobrażenia? Na pewno wszystko jest prostsze, kiedy dziecko jest perfekcyjne: piękne, zdrowe, inteligentne i jeszcze utalentowane i grzeczne na dokładkę. A co jeśli daleko mu do wymarzonego ideału? Czy w takiej sytuacji też stać nas na pełną akceptację? – pisze Joanna Skrzypnik.

Książka Emilii Litwinko jest relacją z jednego roku życia zwyczajnej polskiej rodziny. Jak większość młodych ludzi Natalia i jej mąż są pełni marzeń i nadziei na świetlaną przyszłość. Dzieci mają być jej częścią. Ale pragnienia to jedno, a los i tak pisze własny scenariusz. Nieważne jak to nazwiemy: wolą Boga, przeznaczeniem czy chichotem losu, ale jedno jest pewne: poukładane dotąd życie rodziny legło w gruzach i to w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Takiego ciosu się nie spodziewali!

Małą Gabrysią zachwycali się dosłownie wszyscy: jaka grzeczna, jaka mądra, inteligencją przewyższa inne dzieci w jej wieku, jaka… Nie ma chyba rodzica, któremu takie zachwyty nie sprawiałyby radości. No właśnie, wszyscy chwalili, ale nikt nie zauważył, że zachowanie czterolatki staje się coraz bardziej nietypowe i dalece wykracza poza ustalone normy społeczne. Zatopiona w swoim świecie dziewczynka  nie potrafiła nawiązywać relacji z rówieśnikami i  zupełnie nie miała wrażliwości na drugiego człowieka.

A później, kiedy choroba Aspargera została już wykryta, nastąpiła rzecz niesłychana: wszyscy zaczęli się odsuwać się od dziecka. Nawet dyrektorka przedszkola poprosiła o przeniesienie Gabrysi do innej placówki. Rodzice innych dzieci nie życzyli sobie, aby ich pociechy przebywały z chorą dziewczynką, bo rzekomo jej obecność źle na nie wpływała. I to wcale nie jest literacka fikcja, gdyż przypominam sobie podobne sytuacje z własnych obserwacji. Rodzice tzw. „normalnych dzieci” z reguły krzywym okiem patrzą na te „inne”! Zapewne to strach przed innością dyktuje ludziom takie irracjonalne zachowania.

Kiedy urodził się chłopiec, wymarzony syn, odżyły nowe nadzieje i kolorowe sny. Szczęście prysło, gdy krótko po porodzie matka usłyszała, że oddech noworodka jest dziwny, taki chrapliwy…. Rozpętało się prawdziwe piekło: reanimacja, seria uciążliwych badań i w końcu złowieszczo brzmiąca diagnoza. Dalej było już tylko gorzej: operacje, niepewność…, i pojawił się żal i nadeszła złość.

Jak zawsze w takich sytuacjach sercem matki zawładnęły dramatyczne pytania: Gdzie jesteś Boże? Czy Ty w ogóle gdzieś jesteś, że na to wszystko pozwalasz? Bo jak inaczej, po ludzku, wyjaśnić Twoją obojętność? Dlaczego spokojnie patrzysz na cierpienie dzieci? Dlaczego ich nie uzdrowisz? Dlaczego niewinne dzieci zaraz po przyjściu na świat muszą już cierpieć. Dlaczego, dlaczego, dlaczego…? – piętrzyły się pytania. Niestety odpowiedzi. Boże ratuj!

Kiedy kolejne godziny mają zadecydować o życiu dziecka, dramat rodziców osiąga apogeum. Zawala się świat. „Stałam jak skamieniała i czułam, jak moją duszę i ciało, każdą jego cząstkę, przeszywa niemal fizyczny ból” (s. 168).

Nadeszło nieludzkie zmęczenie i bezradność… Przyszła depresja… Nawet własne myśli bolały. Natalia w niczym już nie odnajdywała radości. Owładnęła nią bezsilność. Dopadło ją wyczerpanie. Nawet wstanie z łóżka dużo kosztowało. Nie miała już sił by walczyć, nie miała siły by żyć.

Lawina nieszczęść obsuwała się bezlitośnie. Aż przytłoczyła… Aż zasypała… Czy młoda kobieta zdoła  uwolnić się spod ciężaru, jaki zaserwował jej los?

Gdyby chociaż mogła liczyć na wsparcie najbliższych, to na pewno byłoby lżej, byłoby łatwiej udźwignąć dramatyczną codzienność. Ale jej kochającego męża sytuacja też przerosła. Zaszył się w świecie pracy. Nie potrafił inaczej. A rodzice, no cóż… na nich nigdy nie mogła liczyć. Odwrócili się od niej kiedy się nawróciła i stała się praktykującą katoliczką. Jak mówił jej ojciec, zdeptała dobre imię jego ateistyczno – komunistycznego domu.

Szczęście w nieszczęściu, że ma „dobrego anioła” – przyjaciółkę od serca, która pomaga przetrwać, gdy spod ziemi usuwa się grunt.

Trzeba mieć na uwadze, że książka Karoliny Litwinko należy do serii wydawniczej „Opowieści z Wiary”. Zauważyłam, że w najtrudniejszych momentach pojawia się wątek krzyża, przyciąga wzrok bohaterki, dając spokój i umocnienie. To nie były zbiegi okoliczności! – uświadamia sobie ze zdumieniem Natalia. „Zawsze przyciągał mój wzrok i moje serce… Bez Chrystusa moja własna bezsilność wydawała się wprost porażająca” (s. 327).

I chociaż często krzyczała, z braku sił już bezgłośnie: Dlaczego mi to robisz, Boże?!, to właśnie modlitwa dawała jej względny spokój i nadzieję, że On nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Drogi Czytelniku, o tym, czy główna bohaterka zdoła dostrzec światło w ciemności musisz przekonać się sam. Spójrz na tytuł książki, cuda są przecież możliwe!

Ostrzegam, że kiedy już zatopisz się w lekturze, nieodwołalnie pojawi się szereg ważnych pytań. A później? Później przyjdzie czas na głębokie refleksje.

Joanna Skrzypnik

Emilia Litwinko, Cuda są możliwe, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2020.

Udostępnij